za-co-on-sie-obrazil blog

Twój nowy blog

Kołysanka

30 komentarzy

Jak co wieczór, uspypiam dziecko. Dziecko ostatnio ma chyba za dużo wrażeń, bo zasypia w najlepszym razie około godziny 22.30. Tym razem nawet taka pora pozostaje w sferze moich marzeń. Leżę więc obok mojego synka i przyglądam się, jak on przygląda się mnie. Nie odpowiadam na jego zaczepki, staram się nie wydawać żadnych dźwięków, bo tego uspypiania mam serdecznie dosyć. Chciałabym zająć się już własnym życiem, jak to czyni ojciec mojego dziecka. W pogrążonym w półmroku pokoju panuje cisza: wyłączony telewizor, zamknięte drzwi… Tylko dziecko, ja i ON.

Dziecko zaczyna zasypiać. Oddala się w sen powoli, niezdecydowanie, wciąż sprawdzając, czy nikt go nie próbuje zrobić w konia i na przykład zabrać mu mamusię. W końcu zapada w lekki pierwszy sen.

Nagle, gdy już zaczynam się cieszyć, że niedługo wstanę z łóżka, mój nieślubny zaczyna z entuzjazmem stukać w klawiaturę komputera. W wyciszonym pokoju brzmi to jak wyjątkowo udany popis stepowania. Synek otwiera szeroko oczy i siada na łóżku, ja rozważam popełnienie samobójstwa. Ewentualnie zabójstwa.

Gdy zaczynam rozumieć, że odświeżone krótką drzemką dziecko spać w najbliższym czasie nie zamierza, jęczę zrozpaczona.

Ja: Nic z tego nie będzie, kochanie. Tak długo, jak będziesz stukał, nasz syn będzie robił wszystko, tylko nie spał.

Syn na dowód mojej racji zabawia się włączaniem i wyłączaniem nocnej lampki, w przerwach skacząc po osiołku.

ON (wzdycha ciężko): Dobrze, już nie piszę.

Wstaje od komputera, bierze sweter i wyraźnie szykuje się do wyjścia. „Ach tak”, myślę, „teraz mnie zostawiasz z problemem”.

Ja (nie ukrywam, że z wyrzutem): Najpierw go budzisz, a teraz sobie po prostu wychodzisz…
ON: Wychodzę, żeby przypadkiem za głośno nie odetchnąć.

Wydyma ust korale i zamyka za sobą drzwi. No przecież ja go zabiję!

W takich chwilach najbardziej mam ochotę go zamordować za coś, co pozornie z powyższą sytuacją nie ma związku… ale mnie się jednak kojarzy.
Otóż mój nieślubny codziennie nastawia budzik na siódmą rano. Budzik budzi mnie, budzi dziecko, budzi psy, a nawet kota w piwnicy. Tylko jego nie budzi. Jego budzę ja. Wyłącznie po to, żeby się dowiedzieć, że on zaraz wstanie, ale jeszcze nie teraz. Po czym zasypia jeszcze na godzinę. W przeciwieństwie do psów, kota, syna i mnie.

I o tym sobie rozmyślam, zgrzytając zębami, podczas kolejnej próby przekonania potomka, żeby jednak zamknął oczka, przestał śpiewać, przestał skakać, przestał wołać tatę w celu namówienia go do całowania dziecięcych kolanek i po prostu zasnął.

WESOLYCH.jpg

Niedzielny poranek. Ja na nogach od świtu, jak codzień, odkąd dwadzieścia jeden miesięcy temu urodził się nasz synek. Ojciec owego synka smacznie śpi. Patrzę na niego z zazdrością.
W końcu, grubo po jedenastej, ON budzi się i wstaje, rozkosznie drapiąc się po brzuchu. Zasiada do śniadanka z kawką, wyraźnie z siebie zadowolony.

Ja (z naiwną nadzieją w głosie): Kochanie, a kiedy mnie pozwolisz się tak wyspać? Mógłbyś rano zająć się dzieckiem, dać mu śniadanko, a ja choć raz bym się niczym rano nie przejmowała…

Nieślubnemu wyraźnie rzednie mina, lecz twardo milczy. Ja zaś twardo czekam. Do czasu.

Ja (lekko niecierpliwie): No? Kiedy? Umówmy się na jakiś dzień…

ON (patrząc na mnie z głęboką odrazą): Potrafisz człowiekowi schrzanić humor. Od rana się czepiasz!

Po pierwsze nie od rana, tylko od południa, a po drugie… no jasne, że potrafię. I uwielbiam to pasjami.

ON zdzwania się z mężem mojej koleżanki i próbują się umówić na popołudnie. Jak to mężczyźni, są szalenie skuteczni. Kończą rozmowę, po czym mój nieślubny oddaje mi telefon.

ON: Umówiliśmy się, że masz zadzwonić do Gosi i dogadać szczegóły naszego spotkania. Plan jest taki, że możemy zjeść razem obiad – u nich, albo u nas. Jak u nas, to albo my coś przygotujemy, albo oni wezmą składniki od siebie i zrobią obiad tutaj. Ale to WY macie się skonsultować i coś ustalić. Gosia usypia teraz dziecko, więc później do niej zadzwoń.

Patrzę na niego, jak na insekta i zastanawiam się, co mu stanęło na przeszkodzie, żeby uzgodnić te szczegóły z Gosi mężem.
Mija jakiś czas i przychodzi moja kolej na usypianie dziecka. Dziecko tego dnia zasnąć nie chce, więc gdy w końcu dzwonię do Gosi, jest już dosyć późno, a na pewno za późno, by umówić się na wspólny obiad.

Ja: To jak się umawiamy?
Gosia: Właśnie robię obiad, przyjeżdżajcie.
Ja: Nie da rady. Młody jeszcze śpi. Zjedzcie obiad i przyjedźcie do nas na deser.

I na tym staje. Wydaje się, że wszystkim to pasuje, że wszyscy zadowoleni. Otóż nie. Jest jeden niezadowolony.

Ja: Kochanie, a co my zjemy na obiad?
ON: Nie będę jadł. Mieliśmy jeść wszyscy razem.
Ja: Ale na to już jakby trochę za późno. Gdybyście umówili się wcześniej, można by coś zaplanować, a tak to Gosia już serwuje obiad, a nasz syn jeszcze śpi.
ON: A czemu Gosia nie serwuje obiadu tutaj?
Ja: Bo za późno zadzwoniłam. Mogliście to dokładnie omówić z jej mężem, gdy rozmwialiście rano i nie byłoby sprawy. Nie ma się o co obrażać, skoro nie byliśmy w żadnym wypadku umówieni konkretnie.

Nieślubny się jednak obraża. Tym razem chyba na garbatego, że ma proste dzieci. Nie będzie jadł obiadu, nie będzie jadł deseru, a z gośćmi nie będzie gadał, bo przez nich jest głodny. Jakoś tak to było.

Z niepokojem czekam na przybycie znajomych, lecz moje obawy okazują się niepotrzebne. Goście wyraźnie nie wydają się memu ukochanemu garbatymi rodzicami prostych dzieci, więc z garbem jak zwykle ostaję się tylko ja.
Standard.

Puenta

49 komentarzy

Wczesnym wieczorem mój nieślubny zalega na kanapie, wbrew wszelkim zasadom współżycia i przyzwoitości, pozostawiając mnie na pastwę znudzonego dziecka, które koniecznie chce COŚ, TU i TERAZ. Wykończona rodzicielską aktywnością trwającą nieprzerwanie od rana, urozmaicaną jedynie jakimś zmywankiem naczyń, małą przepierką, tańcem z odkurzaczem i podobnymi, ganiam za dzieckiem bez entuzjazmu.
Prowadzona za palec przez synka, zostaję umieszczona na końcu kanapy, lecz siadając niefortunnie zahaczam o stopy nieślubnego, spoczywające błogo na kocyku. Na dodatek siadam na jego bluzie.
ON zrywa się jak oparzony, gdy tylko przestaje syczeć z rzekomego bólu i jęczeć nad niewątpliwie połamanymi kośćmi śródstopia i zmiażdżonymi stawami.
Wykorzystuję to, że wstał i proszę go, by popilnował dziecka, żebym mogła nadal bawić się w „chińską żonę” i dokończyć sprzątanie, gotowanie i szorowanie.

ON: A co robiłaś przez cały dzień???
Ja (rozglądając się jakby bezradnie, bo co mam powiedzieć, skoro to widać gołym okiem): To, co widać…
ON (cedząc przez zęby): Czyli nic…

O, bratku, myślę, jeszcze słowo i dam ci w mordę, bynajmniej nie kanapkę. Jednak scenariusz jest mi na tyle znany, że z góry wiem, jak to wszystko się skończy. Zaczniemy sobie wypominać niskie zarobki, lenistwo, błędy wychowawcze skutkujące rozwydrzeniem potomka, poprzednie związki, poprzednie dzieci, grzechy dziadków i inne atrakcje. Rzeczywiście, gdy jak zwykle doprowadzona do ostateczności zaczynam rozglądać się za walizką i chcę dzwonić do mamy, żeby rezerwowała mi lot na jutro, ON dolewa jeszcze oliwy do ognia podsumowując:

ON: I jeszcze złośliwie mi usiadłaś na papierosach!

Rozjuszona rzucam się na kieszeń tej jego nieszczęsnej bluzy i wyciągam nienaruszoną paczkę fajek.

Ja: I co? I co? Czy wygniotłam chociaż krawędź pudełka?
ON: Bo nie wcelowałaś!

Zamiast docenić niewątpliwy komplement, nieobiektywnie potwierdzający skromny rozmiar moich pośladków, obrażam się na amen.

Kilka godzin później, gdy wracam z dzieckiem ze spaceru, na który wyszłam, żeby ochłonąć, ewentualnie sprawdzić rozkład lotów, godzimy się, a nieślubny puentuje błyskotliwie:

ON: No i co? I po co? I od czego to się wszystko zaczęło? Od tego, że usiadłaś mi na stopach…

I wzdycha.

Ja ci powzdycham, łobuzie, następnym razem usiądę na poduszce, którą wcześniej niechcący położę na twojej twarzy…

Solarium

31 komentarzy

Planując trasę spaceru z dzieckiem umawiamy się, że ON pokrąży trochę z wózeczkiem, a ja w tym czasie wskoczę na kilka minut na solarium. On wzdycha z zazdrością, więc nie namyślając się długo ustalamy, że i on się poopala przed piątkowym basenem. Ja wejdę pierwsza, potem wezmę dziecko, żeby poopalać się mógł ON.
Kiedy jednak docieram na miejsce, okazuje się, że trzeba poczekać, bo zrobiła się kolejka.
W wyniku szybkiej narady ON podąża z potomiem na plac zabaw, a ja zasiadam na kanapie w poczekalni. Wykupuję osobny karnet dla nie-ślubnego, ze swojego wykreślam odpowiednią ilość minut i grzecznie czekam.

Czekanie się niestety przeciąga, zaczynam się kręcić nerwowo, aż w końcu wychodzę i tłumaczę MU, że jeszcze nie weszłam, że dopiero zaraz i tak dalej. I że ON wejdzie od razu po mnie i już ma własny karnet.

ON: Niepotrzebnie kupowałaś mi karnet, bo ja nie wchodzę.
Ja: Ależ kochanie, przecież chciałeś…
ON: Ale już nie chcę. Nauczą się, jak traktować klienta!
Ja: Ale JAK traktować? Przecież nie byliśmy umówieni na konkretną godzinę, tylko przyszliśmy ot tak sobie…
ON (kategorycznie kończąc dyskusję): Nie szkodzi! Teraz to niech się pocałują w nos!

No właśnie. Przecież mogli w tym solarium przewidzieć, że przyjdziemy. Dywan czerwony rozłożyć, kwiaty powymieniać w wazonach, jakiegoś szampana otworzyć…

Popas

14 komentarzy

Godzina dziesiąta wieczorem. Lipiec, upalna noc. W domku letniskowym gościmy moją przyjaciółkę wraz z mężem i maleńkim synkiem.
Dzieci już śpią, gdy ON podchodzi do mnie i zaczyna szeptać konpiracyjnie.

ON: Co byś powiedziała, gdybyśmy poszli z G. nakarmić konie…?
Ja (niepewnie): To konie jeszcze nie jadły?
ON: Ależ jadły! Ale co byś powiedziała, gdybyśmy poszli z G. – tu puszcza do mnie oko – je nakarmić - ostatnie słowo wypowiada z naciskiem.

A niech sobie idą, myślę, w końcu we dwóch raczej nic nie zmalują. G. przekonuje moją przyjaciółkę, że konie nie mogą stać z pustymi brzuchami, a ON ustala ze mną szczegóły.

ON: To o której mamy wrócić?
Ja: Jesteś już dużym chłopcem, ośmieliłabym się nawet twierdzić, że pełnoletnim. Sam zdecyduj, kiedy wrócić z pijaństwa do domu.
ON (patrzy na zegarek): To możemy wrócić o północy?
Ja: Nie pytaj się o to mnie. Powiedz, o której będziesz i bądź, żebym się nie martwiła.
ON: To o północy.

Tak zdecydowawszy, mój nieślubny wyprowadza kolegę i znikają w mroku.

Zostajemy same. Patrzymy na siebie i kręcimy głowami rozbawione. Przestaje nam być do śmiechu o wpół do pierwszej, gdy oczywiście panów jeszcze nie ma, a nam kleją się już oczy. Wybieram się do łóżka, lecz przyjaciółka prosi, żebym zamknęła drzwi wejściowe na klucz. „Nie zasnę przy otwartych”, mówi, „umrę ze strachu”. Przekręcam zatem klucz w zamku, a co mi tam. Akademicki kwadrans dawno minął.

Budzę się nad ranem i ze strachem stwierdzam, że wokół panuje niczym nie zmącona cisza. Nikt nie puka, nie słychać żadnych głosów na tarasie… Wykręcam numer nieślubnego, lecz on nie odbiera telefonu. Próbuję kilkanaście razy, wędrując jednocześnie od okna do okna. Telefon milczy, a wokół domu panuje spokój. Psy pochrapują, ćmy latają.
Zastanawiam się, czy G. ma przy sobie swój telefon, ale nie dzwonię do niego obawiając się, że dzwonek pobudzi dzieci, gdyby okazało się, że telefon jednak został w domu.
Telepatycznie próbuję obudzić przyjaciółkę, w końcu zrezygnowana i przestraszona wracam do łóżka.

Co mogło się stać? We wsi była zabawa, a na wieskiej zabawie nietrudno o osiłka skorego do bitki. Może te nasze dwa chuchra leżą teraz gdzieś w rowie…
Słyszę, jak otwierają się drzwi sąsiedniej sypialni, więc natychmiast dzielę się z przyjaciółką swoimi obawami. Drżącymi palcami wystukuje numer swojego męża i za chwilę zamienia z nim kilka słów, po czym przekręca klucz w zamku, a przez próg wtaczają się nasze zguby. Moja wyraźnie obrażona.

ON: Zastaliśmy drzwi zamknięte, więc uznaliśmy, że nie chcecie nas widzieć. Postanowiliśmy, że dobijanie się jest poniżej naszej godności i poszliśmy spać do samochodu.

Rano, przy śniadaniu upływającym w gęstej atmosferze, nie wytrzymuję.

Ja: Mógłbyś chociaż powiedzieć głupie „przepraszam”! My się naprawdę o was martwiłyśmy!
ON (z godnością): Przeprosiłbym, gdybym zastał drzwi otwarte. A tak to przepraszać nie będę!

Masz ci los. Mogłabym mu współczuć, gdyby chociać wrócił ze złamanym nosem.
Urażona duma, to uraz nieco za mały…

Wcale niełatwo jest zasnąć matce wykończonej całodzienną wytężoną pracą u podstaw, czyli opieką nad dzieckiem. W związku z powyższym, i ja miewam kłopoty z zasypianiem. Potrafię godzinami przewracać się z boku na bok, analizując dogłębnie to, co było, jak i to, co nastąpi niebawem.
Zdarzają się jednak wyjątkowe wieczory, gdy usypiając dziecko, zasypiam wraz z nim.
Ojciec owego dziecka zwykle siedzi wtedy przed monitorem komputera, pochłonięty całkowicie grą lub szczególnie ciekawą dyskusją na jakimś forum.

Któregoś wieczoru nastąpił właśnie ten szczęśliwy dla mnie splot okoliczności, gdy ON z zaangażowaniem stukając w klawiaturę, uśpił i dziecko, i mnie. Pogrążając się w błogim zasypianiu zdążyłam tylko pomyśleć, że, ach, jak cudownie… Chciałam obudzić się rano wyspana i szczęśliwa.

I niewiele brakowało.

Przez sen poczułam, że ON kładzie się obok mnie, zarejestrowałam, że włącza odtwarzacz DVD. Skonstatowawszy powyższe już-już zaczęłam odpływać w niebyt, gdy na nogi postawiła mnie strzelanina. Otworzyłam oczy szeroko, acz niechętnie.

Ja: Kochanie, błagam cię, przycisz trochę.

Kochanie przyciszyło. Trochę. Spróbowałam zamknąć oczy, ale pomimo, iż pozostawały zamknięte, jakoś nie mogłam odpłynąć. Spróbowałam zatem ponownie.

Ja: Kochanie, proszę, przycisz jeszcze trochę.

Kochanie prychnęło, przyciszyło, po czym się zbuntowało.

ON: Nic nie będę słyszał!
Ja: No jak to nie? Przecież słychać wszystko. Aż za dobrze.
ON: A właśnie że nie! Nawet dziecko się nie obudziło, tak jest cicho. Za cicho. Nie słyszę!

I zrobił głośniej.

Powzięłam twarde postanowienie, że zasnę mimo wszystko, zamknęłam oczy… Po chwili na głowę nałożyłam sobie poduszkę. Strzelanina trwała w najlepsze, dziecko spało, a ja nie. W końcu ucichło strzelanie. Pomyślałam, że teraz, albo nigdy. Padło na „nigdy”. Po strzelaninie przyszedł czas na śpiewy chóralne. Otworzyłam oczy już na dobre…

Ja (… i popatrzyłam na NIEGO złym wzrokiem): Dlaczego mi to robisz? Co jest złego w tym, że o północy chcę sobie spać?
ON (niewzruszony): To ja już nie mam prawa robić, co chcę?

Oto konflikt interesów. Ja, że ON okrutny i bezmyślny, ON, że ja samolubna i upierdliwa, dziecko śpi, a my się kłócimy.

Wiedząc, że już nie mam szans na zaśnięcie przynajmniej do świtu, miałam ochotę zapłakać gorzkimi łzami (zrozumie mnie ten, kto sam na bezsenność cierpi) i chyba nawet ciut zapłakałam. ON poużalał się nad sobą, że nic mu nie wolno, że nikt się nie liczy z jego potrzebami, że jest uciskany i wykorzystywany, po czym oświadczył, że już mu się nie chce oglądać filmu. Rychło w czas.

Ja: Ależ oglądaj sobie, oglądaj, teraz to możesz nawet napisy czytać na głos.
ON (z wyrzutem): Mogłem słuchać tego filmu przez słuchawki!

Ano mogłeś. Wtedy nie musiałbyś słuchać mnie.

A ON po prostu położył się do łóżka i zasnął natychmiast snem kamiennym. Skandal!

Chory mężczyzna (sztuk jeden) jest gorszy od chorych pięcioraczków. Ma nieszczęśliwą minę. Stęka. Na bieżąco informuje o stanie swoich trzewi. Opowiada historię choroby (czterogodzinną). Snuje czarne wizje na przyszłość.

I nie byłoby w tym nic irytującego, bo każdy ma prawo chorować i czuć się fatalnie, gdyby nie to, że chory mężczyzna stanowczo nie wykazuje najmniejszego zainteresowania poprawieniem swojego stanu.

Zastaję nie-męża chorego w domu. Ponieważ już wcześniej powiadomił mnie o swoim ciężkim stanie, dostarczam mu niezbędne leki. Prosto z apteki, do której chory mężczyzna nie miał siły dojść sam.

Zanim jednak docieram do domu, chory mężczyzna dzwoni do mnie.

ON: Jeszcze jesteś w G.? To kiedy będziesz w domu?
Ja: Za jakieś półtorej godziny.
ON: O rany! Ledwo żyję. Jestem słaby. Jestem…

Tu następuje opis dolegliwości, który wyzwala we mnie falę wyrzutów sumienia, że zamiast ocierać mu pot z czoła, jestem od jego spoconego czoła oddalona o jakieś 60 km.

Ja: Kochanie, skoro już ustaliliśmy, że nie pójdziesz do apteki, to ja wracając kupię lekarstwa. Ty weź teraz Smectę, którą kupiliśmy dziecku, a która szczęśliwie się dziecku nie przydała. Weź ze dwie, na pewno trochę pomogą.
ON (nagle ożywiony): Ależ Smecta jest obrzydliwa! Po niej będę się czuł jeszcze gorzej!

Jasne. To może wypiszę ci receptę na kurczka po seczuańsku i piwko, kotku.

Po powrocie do domu nie mogę się od razu zająć chorym mężczyzną. Najpierw muszę uśpić zmęczone podróżą dziecko.

Ja (do chorego mężczyzny): Idź na dół. W mojej torebce jest siatka z apteki. Weź od razu lek nr 1, a lek nr 2 możesz wziąć pół godziny później.
ON(rusza w kierunku drzwi, ale w progu odwraca się i pyta): A ile tabletek mam wziąć?
Ja (nie wiem): Nie wiem. Jak mi przyniesiesz opakowanie, to sprawdzę.
ON: Nie będę wchodził znów na górę. Jak zejdę na dół, to już tam zostanę.
Ja (stwierdzam fakt): To będziesz musiał sam przeczytać ulotkę i sprawdzić, ile tabletek masz wziąć.

ON zachmurza się i obrażony wydyma ust korale.

ON: Już nie potrzebuję. Od razu się zdrowy poczułem.

Głos, który leczy?
(Bo podobno ton miałam znaczący, a sama wypowiedź była tendencyjna.)

Po obiedzie siedzę z synkiem w pokoju, a ON zadeklarował chęć pozmywania naczyń i zniknął w kuchni. Cisza nie trwa długo.

ON: A gdzie miałaś śmietnik?!

Kulę się w fotelu, rozglądając się nerwowo. Jaki śmietnik? Czyżby zaginął jakiś śmietnik? Przezornie udaję, że nie słyszę.

ON (uparcie i jakby głośniej): Pytam, gdzie miałaś śmietnik?!
Ja (nieśmiało): Hę?
ON (wchodzi do pokoju rozjuszony jak byk na corridzie): Gdzie miałaś śmietnik?

I już sam sobie odpowiada.

ON: Za plecami go miałaś!!! I tak trudno było wyrzucić pestki od cytryn i wyciśnięte skórki? To nie, oczywiście MUSIAŁAŚ zostawić na blacie!

No oczywiście, że MUSIAŁAM. Przecież to było taktyczne zagranie, mające na celu wyprowadzenie go z równowagi, by w ataku bezmyślnej furii wyznał mi wszystkie swoje grzechy, zdradził adresy kochanek i PIN do karty kredytowej! Jedynie kierując się takimi pobudkami, mogłam pozostawić w widocznym miejscu ślady swojej kulinarnej aktywności. Było to działanie celowe i z premedytacją, przyznaję.

Niestety, genialny strateg w osobie mojego nie-męża takie sztuczki rozgryza jak fistaszki … i znów mój niezawodny plan wziął w łeb.


  • RSS